- LECHMA Start Gniezno (zuzel)
Najwcześniejsze wspomnienia z meczów żużlowych kojarzą mi się z polewaczkami. W upalne letnie dni cała chmara dzieciaków biegła w czasie polewania toru pod bandę i wrzeszczała „Śmigus dyngus!” Wraz z braćmi byliśmy cali szczęśliwi, gdy opryskała nas woda od stóp do głów na stadionie gnieźnieńskim. Kierowca polewaczki robił nam wielką frajdę, bo niewiele było atrakcji w tamtych czasach.
Czarno – biały telewizor już był sensacją. Zamiast gier komputerowych mieliśmy kapsle albo obręcz od roweru z pogrzebaczem i urządzaliśmy wyścigi na cztery okrążenia po podwórku. Z lat sześćdziesiątych pamiętam też widok „beczki śmierci”. Ustawiano ją przy okazji odpustu świętego Wojciecha na targowisku. Ojciec zabierał nas co roku w kwietniu i fundował bilety. Patrzyliśmy z podestu ustawionego na zrębie wielkiej beczki, jak motocyklista rozpędza się na dolnym poziomie i zatacza kręgi coraz wyżej i wyżej. Po kilkunastu sekundach znajdował się w górnych strefach beczki i z ogromnym hukiem pędził w pozycji poziomej napędzany siłą odśrodkową. Podobno w tamtych czasach nawet żużlowcy startowali w beczce śmierci. Huk i dym był niesamowity aż ciarki przechodziły po plecach. Jazda - zaprzeczenie grawitacji. Po krótkiej przerwie jeździec zaczynał następną rundę, gdy tłum nowych gapiów zapełnił „taras widokowy”. Dźwięk dudniącego basowego ryku silnika rozchodził się po całym mieście… Nie była to typowa rozrywka dla małych dziewczynek, ale ja bardzo się zawsze pchałam jak najbliżej czegoś, co mnie fascynowało.


Bardzo było mi miło spotkać Sławka i to tak nieoczekiwanie. Dzięki jego wstawiennictwu udało mi się wejść do polewaczki w trakcie roszenia toru i zrobiłam kilka okrążeni, siedząc szczęśliwa obok kierowcy. Pstryknęłam ze dwie fotki na pamiątkę, bo nikt by mi nie uwierzył. Moje marzenie spełniło się! Tęcza przed szybą, szum wody, warkot silnika.

A beczki śmierci podobno funkcjonują do dzisiaj w Peterborough, gdzieś w Tajlandii i we Władysławowie. Można odświeżyć wspomnienia z dzieciństwa…
www.zuzel.waw.pl
Od dzieciństwa fascynowało mnie to niedostępne miejsce - wieżyczka. Patrząc w górę, zastanawiałam się zawsze jak tam jest w środku. Gnieźnieńska wieżyczka jest mała i prowadzą do niej kręte schody. Kiedyś udało mi się wejść na podest w czasie treningu.
Ale nie wyżej. To miejsce jest zarezerwowane tylko dla sędziego, chronometrażysty, spikera i sekretarza zawodów. Ale po uzyskaniu licencji spikera miałam dostęp do tego wspaniałego „serca” każdego stadionu żużlowego.
Wiadomo, trzeba sposobu. Przedtem udało mi się wejść przed zawodami na wieżyczkę w Równem na długo przed zawodami, bo nie było ochrony, a pan kierownik zawodów był bardzo miły i jakoś po rosyjsku się dogadałam. To jedyne w swoim rodzaju przeżycie dla kibica móc obejrzeć pulpit w dwujęzycznym opisie przycisków.

Widok z tego miejsca jest zawsze niesamowity. Widać taśmę startową z góry i cały owal stadionu okiem sędziego. Podobnie jak w Równem – wieżyczki w Toruniu, Rybniku, Lublinie, Opolu, czy Lesznie są przestronne, bo są częścią kompleksu budynku. W Pile wieżyczka jest wolno stojącym obiektem architektonicznym, ale posiada wiele pomieszczeń i przedzielonych szybą stanowisk dla funkcyjnych. Nawet mini kuchenkę. W Gnieźnie natomiast brak „przepierzeń”, ale przez to lepszy kontakt między pracującymi podczas zawodów. Można zerkać na program sędziego i laptop sekretarki, pani Honoraty. Moje pierwsze zmagania z mikrofonem przypadły na upalne sierpniowe dni. Na „startowej” wieżyczce było niemiłosiernie gorąco pod blaszanym zadaszeniem. Woda mineralna grzała się w butelkach, a otwarcie drzwi nie powodowało przeciągu…
Ale za nic w świecie bym nie oddała tych chwil spędzonych na wieżyczce w Gnieźnie. Teraz wspominam je z rozrzewnieniem, bo spełniło się moje marzenie z dzieciństwa. Dotknąć pulpitu sterowniczego, zobaczyć z góry jak taśma się podnosi po geście sędziego. Wychylać głowę śledząc walkę na łukach… Szkoda, że już wzrok nie ten, bo literki w programie małe, czasem brak kolorów kasków i trzeba było przed zawodami malować sobie wszystkie biegi flamastrami. A w Sanoku to już była masakra. Eliminator. Nie mogłam nadążyć z wypełnianiem „pierwszy z trzeciego, drugi z czwartego, trzeci z pierwszego biegu….”. Cała byłam spocona mimo panującego mrozu. Wieżyczka w Sanoku jest oszklona i wychodzi z pięterka na zewnątrz budynku. Wchodzi się na nią po dostawianych schodkach, a dalej trzeba skakać przez parapet. No nie, już spróbowałam tego „chleba”, to nie dla mnie. Niech młodzi i przebojowi ludzie o sokolim wzroku i nerwach jak postronki zajmują się prowadzeniem zawodów.

I najlepiej panowie. Choć na IMP w Lesznie słyszałam głos Karoliny Dworakowskiej, która pewnym głosem informowała o bieżącej punktacji i przekazywała komunikaty. W nowym sezonie zapewne sporo młodych ludzi będzie podchodziło do egzaminu na spikera. Życzę im jak najlepiej i niech spełnią się ich marzenia o wejściu na wieżyczkę. Ja powoli się będę wycofywać z czynnego życia żużlowego. W tym roku nie byłam na ani jednych zawodach z cyklu GP. Powód – mój osobisty sprzeciw przeciwko nowym tłumikom. Wielu kibiców się odgrażało, że będą strajkować, ale i tak jeździli. Ja zaliczyłam kilka meczy „domowych” i wyjazdowych Startu oraz imprez ogólnopolskich z udziałem zawodników gnieźnieńskich, no i prawie wszystkie młodzieżowe zawody drużyny warszawskiej. Wspominałam je w poprzednich felietonach. Mam wiele pomysłów na nowe artykuły i zima mi niestraszna. Mam, co wspominać.
W tym sezonie podglądałam w parkingach wyposażenie żużlowców, ich dowcipne obszycia na torbach, napisy na samochodach, naklejki na busach i różne fajne akcenty żużlowe. Osobne miejsce mają w moim sercu polewaczki. Są bardzo ważnym elementem każdego meczu żużlowego. Raz udało mi się przejechać dwa okrążenia polewaczką w Poznaniu. Jak pięknie lśniła tęcza przed przednią szybą polewaczki! Ale najfajniejszy pępek świata stadionu to wieżyczka i pulpit. Cieszę się, że spełniłam swoje marzenie o wejściu na wieżyczkę. Nie były to co prawda ekstraligowe wieżyczki, ale jeszcze mam w planach zdobycie kilku, choćby po sezonie. Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle!
Teresa Juraszek
www.zuzel.waw.pl
Na łuku składają się trzej jeźdźcy w tumanach kurzu – dwaj zawodnicy w plastronach Atlasu Wrocław i w żółtym kasku – Gorzowa. Taki właśnie obraz namalował dla mnie kolega, który zna moją żużlową pasję. Jako artysta plastyk często zżymał się, widząc olejny tryptyk w ponurych barwach wiszący od lat w dużym pokoju. - Dawaj Teresa te bohomazy, ja ci rozświetlę pokój jakąś bardziej optymistyczną abstrakcją! - Dobra – mówię - ale pod warunkiem, że to będzie żużel – stadion, zawodnik, jakieś detale typu kask, motocykl, koło… Daję ci wolną rękę.



Ku mej wielkiej radości przyjechał z Opola Stefan Machel – gitarzysta mojego ulubionego zespołu TSA. Długo rozmawialiśmy pod parasolami w greckiej knajpce pod Multikinem z twórcami filmu i kibicami oraz głównym bohaterem. Grzegorz Milko odbierał gratulacje i dzielił się wspomnieniami o kulisach powstawania filmu. Takiego wieczoru imieninowego nie mogłam sobie wymarzyć w najśmielszych snach!
www.zuzel.waw.pl
zapraszam do fanklubu Startu Gniezno http://www.startgniezno.fanklub.sport24.pl/
Pozdrawiam gorąco=) HEJ START!









45
35236 







